sobota, 14 lutego 2015

O wyższości świętego Łukasza nad PCZ

   Trzy dni temu Janek miał usuwany III migdałka wraz z podcięciem migdałków podniebiennych wraz z nacięciem błony bębenkowej. 
    
    Dziś będzie dużo do czytania*. Ale o naszych doświadczeniach z laryngologami, szpitalami i o zabiegu jako takim chcę napisać, bo przechodzą przez to tysiące dzieci i rodziców. Jeśli są tylko w połowie tak zdezorientowani jak my, to ten tekst powinien im się przydać i nieco rozjaśnić sytuację.
   Do zabiegu nie zamierzam namawiać (ani przed nim ostrzegać). W ogóle jestem ostatnią osobą, która namawiałaby do jakiejkolwiek interwencji chirurgicznej. Zwyczajnie się boję kłucia, cięcia, znieczulania, szycia. Z tego powodu nie noszę kolczyków. Z tego powodu marzyłam o porodach naturalnych i umierałam ze strachu na myśl o konieczności cesarki. Tak mam i już.
    Dlaczego wysłałam więc własne dziecko na rzeź?
   
   Od listopada Janek chorował. Nie, nie na anginy. Bostonka, parakoklusz, ospa z zapaleniem oskrzeli. Na końcu wreszcie angina. Choroby (i to wirusówki) u przedszkolaka nie są dla mnie powodem do wycinania migdałów. Ale wraz z chorobami migdałki rosły. Pomiędzy nimi wcale nie malały, a powodowały niespokojne noce z chrapaniem. Podczas infekcji Janek miał w czasie snu bezdechy, co dla nas równało się nieprzespanej nocy i układaniu go w takiej pozycji, żeby łapał oddech. Rano wstawał zwykle jęczący i nieszczęśliwy. Ewidentnie się nie wysypiał.
   Tak więc u nas zaważył komfort życia Janka.
    
    Pojechaliśmy więc do laryngologa nr 1. Wizyta prywatna w Pediatrycznym Centrum Zabiegowym w Bielsku-Białej**. Naczekaliśmy się na naszą kolej. Janek został dość pobieżnie zbadany. Lekarz zbadał też słuch sprzętem od WOŚP (tym do przesiewowych badań noworodków). Orzekł przerost wszystkich migdałków i zatkanie obojga uszu (całkowite, kompletny brak odpowiedzi od błony bębenkowej). To ostatnie mnie trochę zdziwiło. Na minimalny niedosłuch jeszcze bym się zgodziła, bo nie jestem w stanie sama zbadać, ale że jest aż tak źle nie mogłam uwierzyć. Przedszkole twierdziło, że Janek normalnie słyszy. W domu reagował na szept nawet, gdy był zajęty zabawą. Coś się tu musiało nie zgadzać.
   W każdym razie lekarz wyznaczył nam termin zabiegu (dzień po powrocie z wyjazdu na narty - sic!), wręczył mi ankietę anestezjologiczną wraz z numerem telefonu do anestezjologa, skierowanie na badanie krwi oraz wydrukowane informacje dotyczące zabiegu i kazał się stawić na zabieg w wyznaczonym terminie (w wygodnym ubranku, w którym to dziecko miało być operowane). I już? Tylko tyle?
    Też się zdziwiliśmy. Zwłaszcza brakiem możliwości spotkania z anestezjologiem. A mieliśmy z nim, co omawiać. Bo i wątpliwości naszych sporo, i nie wiedzieliśmy, czy i jakie wpływ na anestezję może mieć nagłe zatrzymanie krążenia u Janka w godzinę po urodzeniu (oraz wszystko, co było z tym później związane).
   Od razu po wizycie nie byłam jednak taka mądra. Przerażona grożącą Jankowi głuchotą poczekałam z nim jeszcze jakąś godzinkę (z trzylatkiem w poczekalni było bosko), żeby pobrać krew do badań. Pani w laboratorium "uciekła" żyłka Janka, więc rozdłubała mu równo rękę. Siedział u mnie na kolanach, darł się, ona dłubała, a ja się zastanawiałam, czy nie wyrwać tej igły i nie uciec. 
     Utwierdziłam się za to w przekonaniu, że PCZ nie jest fajne. Tam nawet panie w rejestracji nie są miłe. A jeśli właściciel nie potrafi o to zadbać, nie kontroluje jakości pracy w swojej firmie, to jaką ja mam gwarancję jako rodzic, że podczas zabiegu wszystko będzie w porządku? O klienta trzeba dbać.
  Z zabiegu zrezygnowaliśmy. Okazało się, że nie wystarczy tego zgłosić w rejestracji. Niesympatyczna pani kazała mi osobiście "wytłumaczyć się" przed laryngologiem. A on nawet nie zapytał, dlaczego. Nawet nie zaproponował leczenia na NFZ w późniejszym terminie. Przecież moje dziecko według niego miało zaraz ogłuchnąć!
       Za badania krwi zapłaciłam (były w ramach zabiegu). Koszt poniesiony w PCZ: 80 zł wizyta + 50 zł badanie krwi. Zabieg miał kosztować 1200 zł. 

       Pojechaliśmy do Szpitala św. Łukasza w Bielsku-Białej. Już sam budynek zrobił na nas świetne wrażenie. A panie w rejestracji? Uśmiechnięte i miłe! Chętnie odpowiadają nawet na dziwne pytania.
      Janka badała pani dr Pruhło-Zaręba. Miła i sympatyczna (jak się okazało, to norma dla wszystkich pracowników tego miejsca), a przy tym rzeczowa, fachowa i ze świetnym podejściem do małego pacjenta i jego zeschizowanej matki. Przebadała Janka dość gruntownie i wysłała nas na badanie słuchu. No to pięknie, znowu czekanie i kolejne wizyty - pomyślałam. A tu się okazało, że badanie mamy natychmiast. Przeprowadzała je przemiła pani. Najpierw wszystko Jankowi dokładnie wytłumaczyła. Do badań używała komputera. Gdy tylko coś poszło nie tak, powtórzyła badanie. Z natychmiastowymi wynikami zostaliśmy od razu przyjęci u pani laryngolog. I co się okazało? 
       Janek słyszy! A to ci nowość. Migdały wszystkie do "ciachania" i jedno uszko gorzej odpowiada (nie fatalnie, jak w PCZ), więc też wymaga interwencji chirurgicznej. Ale tylko jedno! Zabieg może się odbyć nawet w czerwcu (na NFZ), mamy czas. Na nasze życzenie był w lutym (prywatnie). Ale nic tak hop siup i na łapu capu. Dostaliśmy informacje o zabiegu na piśmie, ankietę anestezjologiczną, zgodę na zabieg i inne papiery do wypełnienia w domu.
      Najpierw narty. Potem konsultacja u laryngologa tydzień przed zabiegiem. "Nasza" pani doktor była wówczas na urlopie (o czym nas uprzedziła). Trafiliśmy do doktor Soleckiej. To że miła, sympatyczna, cierpliwa i fachowa jakoś Was pewnie nie zdziwi. Po zbadaniu przepisała Jankowi antybiotyk, osłonę i leki przeciwkrwotoczne. Miał je brać 3 dni przed zabiegiem. 
    Następnie mieliśmy konsultację z anestezjologiem, doktorem Kilem. Będę się powtarzać, ale naprawdę był miły, sympatyczny i rzeczowy. Odpowiedział na wszystkie nasze pytania i wątpliwości, przebadał Janka. Doradził nam też użycie plastrów Emla, żeby zniwelować ból podczas ew. pobierania krwi i zakładania "motyla". To ostatnie spotkanie odbywało się w pokoju z kącikiem dla dziecka, więc mogliśmy spokojnie omówić z lekarzem wszystko, co chcieliśmy.
     Koszt w św. Łukaszu: 2 x 100 zł - wizyty u laryngologa, 20 zł - badanie słuchu, 1500 zł - zabieg (konsultacja anestezjologiczna w ramach tej kwoty).

     O samym zabiegu napiszę w osobnym poście. Jeśli przebrnęliście przez powyższy tekst, na pewno dacie radę!

   
*Dla niecierpliwych skrócona wersja, a właściwie podsumowanie tego tekstu w kolejnym poście.

**PCZ zasłużyło sobie na osobny wpis, bo niestety trafiliśmy tam kilka razy z Jankiem do różnych "specjalistów". Więcej moja noga tam nie postanie.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz